piątek, 26 grudnia 2008

niemen pyta dlaczego kochamy się tylko w snach,ja mam dreszcze.na podłodze z lampką wina i karmelową czekoladą.

mnóstwo kolorów między głową a sercem

ale przecież
nie mieszkam w nim.

czwartek, 25 grudnia 2008

i czując cię obok opowiem o wszystkim: jak często się boję i czuję się nikim.

za oknem pruszy śnieg, laptopa mam na kolanach, zatapiam się w pościeli z papierosem w ręku, hura!jestem sama w domu. jestem też w deszczu maleńkich żółtych kwiatów, jestem w tych słowach i między nimi również.

głupia,kiedyś marzyłam o czymś takim.

nie chcę okruchów z twego stołu.

środa, 24 grudnia 2008

chodzi o to, że co ja to już nie ważne, ważne jak wysoko ona skacze. próbuję zasnąć od godzin czterech, i albo szamocę się po łóżku z łzami w gardle i z imieniem justyny na ustach, albo palę w kącie pokoju słuchając soundtracku z marii antoniny.chciałam napisać, że reszte wypowie czas, że poczekam i zamilknę, ale po co mam oszukiwać siebie samą.

wtorek, 23 grudnia 2008

czytałyśmy zbyt dużo bajek.

podłoga w kuchni jest taka zimna, jezu, ja naprawdę za nim tęsknię, boję się.
jeśli to naprawdę TO to niech trwa, niech nie okaże się chwilowym kaprysem. zasypiam myśląc o nim, myśląc o nim się budzę, chcę żeby patrzył na mnie dłońmi i językiem, żeby patrzył całe życie.
zdumiewa mnie to, co czuję, przecież to takie

a b s u r d a l n e.

(teraz jestem pewna. tak jak miłości do roze i głosu kayah.'ta tabakiera'.).

niedziela, 2 listopada 2008

wrocławskie noce to ja w kuchni z kubkiem ciepłego mleka z miodem. za mało czytam, za dużo mówię, kromkę chleba smaruję za cieńko a z błędów nie wyciągam wniosków.
i, jak zawsze: postanawiam od nowa. odnowa. od no wa.

sobota, 1 listopada 2008

.milczenie jest złotem, małgoś

niedziela, 5 października 2008

od pana z gronostajem na szyi otrzymałam indeks, z błędem w nazwisku, który cieszy mnie o tyle, że udowadnia, że panie w dziekanacie to również ludzie. szorując lubińską wannę wyklinam na dezorganizację, płaczę patrząc na meblościankę z osiemdziesiątegodrugiego. czuję, że to będą moje studia, te najwłaściwsze, mimo (a może właśnie dlatego) że na wydrukowanie listy lektur zabrakło papieru w Piotrowej drukarce. to złe, co we mnie drgało- już nie drga, albo przynajmniej zostało zagłuszone przez miejski zgiełk, powiedzmy, że ten z placu legionów.

od jutra znowu będę grała w tą grę, w niepozałatwiane sprawy, w nowe obowiązki, i wygram, chociaż nie wiem jeszcze jakie są zasady. (a mój pokój oprócz wątpliwej meblościanki ma olbrzymie okna, takie prawie na całą szerokość i wysokość ściany.).

poniedziałek, 29 września 2008

życie mam już schowane w pudłach pudełkach torebach reklamówkach. jako namiastkę domu rodzinnego, swoistego rodzaju posag, zabrałam jedną trzecią książek z mojego pokoju. najwięcej łez wylałam nad 'historią filozofii' tatarkiewicza, do której chowałam liście, trzy: zielony, żółty i czerowny, w celu zaszuszenia tych że. jestem dumna, bo mimo wszystko spakowałam się sama. (!) jutro rano zamieszkam to miasto.
pożegnanie miałam przemiłe, mimo iż 'masz na imie justine' był zupełnie nie trafionym jak na tę okazję filmem. niemniej jednak dziękuję za miły wieczór.
mamo, kocham cię!
(a w wolnym czasie nie wiem sama kogo zdradzam: dickensa z pidżamą porno czy pidżamę z dickensem.).

środa, 24 września 2008

'-widzisz tutaj kółko?
-no nie, bo zamazałaś...
-bo to było Wczoraj... i nie ma. jest tylko Dziś. lubisz Dziś?
-to znaczy chodzi Ci, czy dziś jest ok?
-musisz lubić Dziś to Dziś Ciebie polubi. a o Wczoraj zapomnij to ono zapomni o Tobie.
-niezłe, a o jutrze też coś masz?
-o Jutrze nie wolno. ono nie jest nasze... o świcie do każdego przyjeżda wóz i przywozi mu jego Jutro. ale wcześniej nie wolno tego dotknąć, bo nie wiadomo czy będzie Twoje.'.

potrzebowałam tego filmu. 'ogród luizy'. zdecydowanie u l u b i o n y.
(mam mało czasu, na dźwięk tych słów odruchowo przykładam dłoń do ust. w moich żyłach płynie zdecydowanie za dużo teiny, nie zasnę. będę myślała o tym, że kiedyś, może niedługo, w każdym razie nie teraz ani za chwilę, usiąde z tym kimś przed kominkiem, upijemy się, czymkolwiek, moje włosy będą przetapiać się między jego palcami. a w moje urodziny ulepimy razem dom z plasteliny. kiedyś na pewno.).

poniedziałek, 22 września 2008

ostatni tydzień w domu. z racji tego, że helska grypa ciągle mnie męczy większość czasu spędzam pod kołdrą. ostatnio wszystko pod kołdrą. zimno mi jest strasznie, bez gorącej herbaty na dzień dobry nie wychodzę z łóżka. obok poduszki położyłam notesik z obrazem malczewskiego na okładce, ołówek, zapisuję tam siebie, swoje rzeczy, swoje życie, to wszystko, co wyląduje w pudle, którego przeznaczeniem jest ulica lubińska miasta w. ze łzami w oczach słucham jak rodzice kłócą się przez telefon, to trochę przeze mnie, wiem. czekam niecierpliwie na 'ogród luizy', już jutro powinien być na moim komputerze. znów czytam słowa wirgie, konkretniej 'orlando', bardzo, najbardziej ze wszystkich mi się podoba, zwłaszcza po słowach: 'staję się dorosła – rzekła, biorąc nareszcie swą świecę. – tracę pewne złudzenia – powiedziała, zamykając modlitewnik królowej Marii – może, by zyskać inne...'.

a poza tym robię doskonałą sałatkę z fetą i oliwkami.

środa, 17 września 2008

oscyluje między chusteczkami, antybiotykami a termometrem, jestem chora na hel albo helubrak (?), tęsknię za tym bezkresem, za przecieraniem oczu ze zmęczenia, rozprostowywaniem nóg po wielogodzinnej jeździe pociągiem, rozlewaniem herbaty z termosa. zostały tylko muszelki, piach w trampkach, dwie nowe książki, miłe wspomnienia i piękne zdjęcia. to był dobry czas. teraz nie widać mnie spod puchowej kołdry, wieczorami uprawiam pod nią seks z nurowską, odliczam dni do pierwszego października, tak straszliwie się boję. samotności. pieprze cię miasto też.
póki co wzbiera we mnie ochota, żeby jechać do holandii sadzić tulipany. z pawlacza wyciągam czarny płaszcz, szalik i rękawiczki, z jednym palcem. parze herbatę, odbieram telefon, rozmawiam z k. i udaje, że wszystko jest w porządku. przecież i tak nie zrozumie. włosy wychodzą mi garściami, ciągle nie wierzę, że można umrzeć po raz drugi w przeciągu jednego miesiąca. można.

środa, 10 września 2008

tak, to chyba rodzaj tęsknoty. w związku z nią postanawiam niezwłocznie znienawidzić blues'a. sącze ze słomki gin z tonikiem, prowadzę z dżastiną niezwykle interesującą rozmowę o białoróżowej zebrze, mam ochotę na gołogłogowską (?) gruszkę, brat słucha happysadu, ja w uszach mam dolly parton, w dodatku śpiewającą jolene. nie wytrzymam tego, pierdolę, kto dzisiaj wyłączył we mnie to wewnętrzne światło? pociesza mnie myśl o tym, że od wojciecha kuczoka dzieli mnie tylko kilka uściśnięć ręki, a od szumu morza dwa dni.

zastanawiam się nad sobą. jestem surowa.

niedziela, 7 września 2008

nie minęło jeszcze. trwa, chociaż bardzo nie chcę by trwało. myłam włosy, szampon wpłynął do oczu, jak wtedy, gdy byłam dzieckiem, krzyknęłam 'mamo!', najnieświadomiej, mamy nie było. walczę sama ze sobą co zrobić z niespodziewanym przypływem gotówki, czy rozsądnie wpłacić na konto, czy wydać na książkę, już trzecią wrześniową. bosą stopą opisuję na wykładzinie ostatnie tygodnie. dużo tam znaków zapytania. krążąc ulicami mojego niby-miasta uczę się siebie, na nowo. z resztą. wszystko na nowo. wdycham wiatr zmian, aż płuca bolą. ubieram sukienkę, sweter, do torby wrzucam 'białe noce' pana dostojewskiego, idę. będę myśleć przede wszystkim o swoim szczęściu, ze stawianiu go na samym końcu hierarchii nic dobrego nie wyszło. w ogóle nic nie wyszło.

byle do helu.

czwartek, 4 września 2008

żyję. konkretna była ta cisza. ale żyję. wiem, bo zaczynam odbierać bodźce z zewnątrz. zaczynam tęsknić z chrobrym, zwłaszcza, gdy widzę licealistów w granatowych mundurkach na ulicach miasta k., gdy przy sprzedawaniu podręcznika do wos'u zauważam w nim kartkę, z ziębowym 'pucipuci'. prawie codziennie oglądam 'lost in translation', chociażby fragmentami, tak, to zdecydowanie jeden z moich ulubionych filmów. bywam szczęśliwa, wtedy gdy całą drogę z czernicy pokonuję na ramie roweru, śpiewając w duchu piosenki jefferson airplane, wtedy, gdy zakładam kask i odpalam chopperka. poziom mojego rozszczęśliwienia zależy chyba od stopnia rozwiania włosów. znów całą sobą chłonę słowa, dźwięki, kolory, zapachy i smaki. widzę światełko, czuję że się zbliża. niczego teraz bardziej nie potrzebuję niż spokoju. wiele muszę naprawić, wiele odbudować, zrobić w końcu krok do przodu, zapomnieć jak się cofa. odbuduję, pójdę do przodu, zapomnę.

jutro wyruszam na poszukiwania mieszkania (tak bardzo bym chciała mieć je już nie tylko w głowie, ale i nad głową) w przerażającym mieście w.

ale duża jestem już przecież, czas zacząć zycie. jakoś na nowo.

poniedziałek, 11 sierpnia 2008

.

z łóżka wychodzę tylko po to, by zrobić herbatę, obrać pomarańcze, po nową książkę, lub po telefon, jeśli wcześniej, w trakcie rozmowy rzuciłam nim o ścianę. czasem zawędruję do łazienki, na żółty dywanik. to nie jest dobry czas. jednakże. co mnie nie zabije to wzmocni, podobno. tak bardzo bym chciała, żeby On w słowach 'nie, nie przyjeżdżaj' usłyszał, że go potrzebuje. i że później może być za późno.

muzycznie nie istnieję, potrzebuję ciszy, chyba. i w ogóle coś we mnie umarło, niedługo zacznie się rozkładać i śmierdzieć.

'teraz już wie: to była ta właśnie chwila. nie było żadnej innej.'.
z 'godzin'.

aniele (!)


piątek, 8 sierpnia 2008

czy wietrze mnie słyszysz, jak śpiewam?

ledwoledwo. mam już wszystkiego powyżej uszu, powyżej serca. i coś we mnie pęka, coś gaśnie, coś się wypala. chcę złagodzić niepewności, chcę pokonać niewiedzę, ale. nie umiem, nie mam siły. zaprzyjaźniam się z żółtym dywanikiem, tym z łazienki, bardzo możliwe, że już na zawsze, że nareszcie tak od serca, bo już trochę łez na niego wylałam. myśli uciekają do bolesławca, do niego, a papierosy już nie smakują.

cały dzień śpiewam z agą zaryan.

sobota, 26 lipca 2008

możesz milczeć sobie.

siedem gór, siedem rzek, trzy dni w inną stronę. ograniczała mnie tylko wysokość, ta na której zawieszone jest niebo. morza pfu, oceany! wina malinowopożeczkowoczereśniowego, kilogramy tytoniu, godziny spędzone przy sziszy, tysiące wyśpiewanych piosenek, setki wyrecytowanych wierszy. jagody zrywane leżąc w śpiworze pod lasem. fioletowe dłonie, mokre buty, herbata, wiatr, wyciągnięty sweter.
+ zagrożenie życia prywatnym tomahowkiem pana jot.

później niechęci i uprzedzenia do starych koleżanek, zbyt ostentacyjnie okazywane, ale. chyba mam to gdzieś. i może robię się bezemocjonalną gadziną, może. gdybym nie wypowiedziała tych słów, wtedy, udusiłabym się. moje przebłękitne oczy już chyba nie dla nich, bo w głowach mamy już coś innego.

(z głośników ścieżka dźwiękowa michała lorenca, ta do 'bandyty'. cudocudocudo. na Łukasza czekam, upiekłam mu karpatkę.).

niedziela, 20 lipca 2008

dzisiaj pod Wielkim Wozem, jutro na Wielkim Wozie.

cała jestem w poziomkach, cała w skowronkach, ze studenstwa nadal kręci mi się w głowie. z rozszczęśliwienia umieram na działkowym leżaku, krzyś piecze ziemniaki, ja szykuję masło i sól. nie mogę się doczekać, ten smak marzył mi się nocami (bo w głowie jest pewne wspomnienie, to z dziadkiem j.  i różowym niebem.).

weryfikacja planów mieszkaniowych, kaś stwierdza, że hasz komora- owszem, ale okazjonalnie, w święta... ja zgadzam się, mówię, że dobrze, że na wniebowstąpienie.

niestosowny i dokuczliwy brak. jego.

+ maria pawlikowska- jasnorzewska:

'wędrujemy cygańskim obozem,
nocujemy w gwieździstej grozie,
dzisiaj pod Wielkim Wozem,
jutro na Wielkim Wozie.
'.

sobota, 19 lipca 2008

po wczoraj boli mnie głowa. jem agrest na działce babci eM., wrzeszczę na widok mrówki (tak, z wiekiem robię się tchórzliwa i płochliwa), zrywam pożeczki, wieczorem zrobię z nich kompot, czerwonopożeczkowy to mój ulubiony.
gryzę wszystkich i wszystko, bo tak, bo jestem zła, bo On wyjeżdża. nigdy nie potrafiłam inaczej.
(trzeba zrozumieć, że jest czas kiedy widzę trzy razy mniej ale pięć razy mocniej. kiedy w kościach rwie czekanie. kiedy gubię się w niewiedzy i niecierpliwościach.).

zimno mi w stopy.

m., studentka filologii polskiej uniwersytetu wrocławskiego. jak to dumnie brzmii.
(pomyślałby kto, ja przecież do tej pory, jak Justyś, czasem smaruję się oliwką Bambino.).

piątek, 18 lipca 2008

ona pisze, że nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki, że nie wie czy to dobrze, że znowu jestem łukaszową gosią. ja odpisuję, że też nie wiem czy dobrze (na razie dobrze, najlepiej)  ale, że musiałam, że webrnęłam w tę rzekę świadomie, niczym wirgie woolf w nurt ouse.
ostatnie trzy dni spędziłam z nim. czułości, szczerości i przenajszczęśliwości panoszyły się między nami. przegadaliśmy noce, motywem przewodnim było 'bo bardzo, bardzo, bardzo szkoda byłoby nas'. jeśli się nie uda (a może się nie udać, wiele rzeczy się nie udaje) to chociażby dla tych dni było warto. dziś wróciłam do domu, już bez kokonu, już sama, bez niego świat podoba mi się zdecydowanie mniej. gotuje bób. będzie za słony, bo z łzami, bo On na tydzień jedzie gdzieś tam, w świat.
wyników rekrutacji jeszcze nie znam, czekam, czytam rilkego ('gra w klasy' rzucona na parapet, na razie), nogi trzymam na biurku, co jakiś czas sięgam po herbatę. cytrynową.

(proszę, niech nam się uda.).

poniedziałek, 14 lipca 2008

a ja. tęsknię za smokiem.

poukładało się. czasem znajduje się odpowiedzi tam, gdzie nie chciało się szukać.

pomiędzy zbyt poważnymi rozmowami, drylowaniem śliwek a grą w klasy (tak Soniu, czytam. powolutku, i też nie wiem czy skończę.) jest nieustanna walka o zachowanie równowagi. jest modlitwa o jasność, klarowność umysłu. i miłość.
moja eLka jest czasami czerwona, czasami złota, nieważne, chciałam tylko napisać, że cieszę się jak dziecko gdy ustawiam kierownicę, zaciągam hamulec ręczny czy cofam. instruktor mówi, że tak, że podoba mu się. mi również. 

nie lubię tego uczucia gdzieś tam, niepokoju, ucisku na żołądek i drżenia rąk. tęsknię za smokiem, a oprócz marzeń warto mieć papierosy.

czwartek, 10 lipca 2008

w imię dawnych czasów robi się największe głupstwa w teraźniejszych.

tak wiele słów chciałoby tu być. jednak nie mogę, nie powinnam, nie napiszę. potrzebuję i czekam, wierze, że nadejdzie. cholernie w to wierzę, bo nie rozumiem kto może nam być teraz bardziej potrzebny niż my sami.

chciałam napisać, że wzruszyłam się czytając list magi do rocamadoura, gdy czytałam o tym, że świat staje się obojętny, jeżeli człowiek nie ma dość sił, aby wybrać sobie coś prawdziwego i iść za tym. i już nie zbieram burzy, zbieram trzęsienie ziemi. czuję się jak bohater tragiczny, z tą różnicą, że ja dostrzegam ironię losu.

miasto w.

środa, 9 lipca 2008

I know, its been comin for some time.

jak u hannah.leah, smęty-sentymenty, ja też nie potrafię przestać, sentymentalna idiotka, rozpamietuje, płacze. boli, mimo, że coś zostało wyjaśnione. myśli mam cieżkostrawne, nie przymuję do wiadomości, że przez cały czas było NAS troje. tu, wchodząc na bloga, chcąc przelać na palce to co w sercu tłucze się o osierdzie muszę przy logowaniu wpisać hasło, tak bardzo NASZE. zaimki brzmią teraz najdziwniej, bo już nie w mnogiej, już w pojedynczej.

wieczorami siedzimy z Kaś na murku, palimy papierosy, psioczymy na facetów, na ich wrodzone ograniczenie. wstyd mi tych naszych rozmów, bo nieprawdziwe, bo wymuszone sytuacją. chodzimy w deszczu, planujemy nasze wspólne mieszkanie, kwiatki na oknie, hasz komorę i to, że płyn do naczyń zawsze będzie zielony. wracając do domu idę najokrężniejszymi drogami, śpiewam te wesołe piosenki których słucham dzięki Piotrowi, inaczej chyba nie dałabym rady, nie wróciłabym na miejsce. śpiewam więc piosenki creedence clearwater revival, pytam przez łzy have you ever seen the rain?
powietrze zbyt gęste i wilgotne, nie odpowiada.

poniedziałek, 7 lipca 2008

you don't have to worry.

leczę duszę.  prawdziwego mężczyznę poznaje się ponoć nie po tym jak zaczyna, ale jak kończy. ja zamykam na klucz pewien sektor myśli. jem zatrważające ilości czekolady, morusam nią książki, telefon i kapelusz, ten duży. palę z Kasią papierosa (ostatniego, a jakże) spacerujemy brzegiem zalewu, promienie słońca zaznaczają swoją obecność na moim ciele piegami i opaleniznami coraz znaczniejszymi. wieczorem zapalam waniliową świecę i czytam sms'a od panny ag. wyobrażam ją sobie tam, nad morzem, z zakrzepłą solą na rzęsach. rozszczęśliwia mnie to. łapię przesyłaną lepką beztroskę, czuję ją między włosami, czuję jak pulsuje we krwi. zamiast spać w nocy czytam książki. zaglądam czterystapięćdziesiątdwa razy na stronę uniwersytetu wrocławskiego, głupia! jakby to miało coś zmienić. kusi mnie zieloność traw. 
 
z bratem, braciszkiem wygłupiamy się przy 'ain't no mountain high enough', a ja zastanawiam się czy On nazwałby to żenadą.

czekam na A., to fascynująca znajomość jest. 

niedziela, 6 lipca 2008

ain't no mountain high enough.

barykada z słów zbyt wysoka by ją przeskoczyć. już nie będzie.my. nie wybaczę tego, sobie i Tobie.

od zmierzchu do świtu, w górach, w drewnianej chatce. pare papierosów, mnóstwo uśmiechów. gil i łaskotka. ain't no mountain high enough.

dam radę. (?)

piątek, 27 czerwca 2008

dopomóż Ty nam, Panie, podpowiedz jak.

pstryk i koniec. mieliśmy być, trwać, wspierać. słysze najzimniejsze słowa w życiu. zarzuty, częściowo niewypowiedziane, że tego nie przeżywam, że mnie to nie boli, że się bawię. na zaprzeczanie brak siły. 'wersje robocze' przeciążone. czytam sześciomiesięczne archiwum. postanawiam, że napiszę list pochwalny do producenta mojej klawiatury, bo nie zamokła, bo działa, bo mogę napisać w godzinach późnowieczornych sms'a z internetu o treści 'przyjedź'. pościel mam całą w arbuzowym soku, bo zbyt zachłannie, bo łagodzi to, co środku drży, wrze, wybucha. 

ten czas będzie kojarzył mi się ze 'starymi murami' grechuty, odsłuchanymi miliontysiącpięcsetcztery razy.

wtorek, 24 czerwca 2008

ty się bawisz z nami jak niegrzeczny chłopiec.

fascynacje, emocje burzą się wciąż. jestem jednym wielkim chodzącym 'nie wiem', z główką, rączkami, nóżkami, przeraźliwie dziś niebieskimi oczami i w różowej piżamie. wyrażam prośbę, by ktoś mnie poukładał, inny ktoś odpowiada małgosiu, gdybym tylko wiedział jak ułożyłbym Cię przy sobie. wieczorami spóźniam się do domu tak, że wszyscy już śpią, więc dzwonię, więc budzę, wchodzę, przytulam, przepraszam. zasypiam z słuchawkami na uszach, z osiecką w głowie ta muzyka szła ku mnie nad falami. pierwsze kroki rano kieruję do kuchni, po lody czekoladowo-ajerkoniakowe, odsłaniam żaluzje, chowam się w pościeli, jem, plamię, czytam eliota. niepewności przybywa, jak piegów.

zgasłam.

poniedziałek, 23 czerwca 2008

siałam dąsokaprysy, zbieram burzę, ot co.

radość sprawiłyby mi teraz bańki mydlane, niestety zostawione przez zapominalskość, tam. czerwony barszczyk zalewam wrzątkiem, ubieram sukienkę, jadę. myśli zostały we wczoraj, pogubiły się, poplątały.

przepraszam.

czwartek, 19 czerwca 2008

z kasiowego ogródka zerwałam szczypiorek, sałatę, z lodówki wyciągnęłam pomidory jajka rzodkiewkę ser żółty i sałatkę z pora. zaparzyłam herbatę, żółty koc wyciągnęłam na trawę, obudziłam kasię olę zjadłyśmy. śpiewał nam pan fogg.

cud miód i orzeszki.

poniedziałek, 16 czerwca 2008

wiatr strącał im na głowy gwiazdy.

po jaskini niedźwiedziej noszę na rękach sześcioletniego michałka, bo boi się nietoperzy. gdy przewodnik na chwilę gasi światła m. trzyma się kurczowo moich włosów. na do widzenia wyznaje mi: 'pani małgosiu, kocham panią'. ja przytulam, i myślę, że to już, że już bym chciała.

bez na kletnie pachnie majem. ścieram marchewki przy ścieżce dźwiękowej z 'moulin rouge'. pod sufitem lewituje słodki smak czekolady. teraz mógłbyś przyjść tu z butelką wina i goździkiem.

takie stany powinno się pielęgnować i zamykać pod szczelnym wieczkiem.

niedziela, 15 czerwca 2008

ta para skrzydeł, zwiniętych w nas.

ag. i duś. proponują maki chabry dym pasteli i złocistości. puchnięcie z rozszczęśliwienia.
tak, niech będzie, zgadzam się. dla rzęs, bo teraz wątpią we wszystko, począwszy od chcęci studiowania filologi polskiej, od dawna tak wymarzonej i upragnionej, kończąc na... na. postanawiam bezzwłocznie wyrzucić ze swojego słownika słowa 'nigdy' i 'na zawsze'.

parząc herbatę o trzeciej nad ranem, a dokładnie wyciskając z cytryny sok do tejże, doznaję olśnienia, że słowa pana niemena 'czasem ktoś słowem złym zabija tak, jak nożem' wpasowałyby się idealnie w moje maturane wypracowanie na temat roli słów w relacjach międzyludzkich.

'przeminęło z wiatrem', tym razem w postaci filmu. z racji, że od dzieciństwa kocham się w rettcie butlerze, a może raczej w clarku gable (?), oglądam, oglądam, z testami na prawo jazdy w ręce.
a wzrok co chwilę wędruje na parapet, na zieloną butelkę po czerwonym winie, nie pamiętam z kim wypitym, w której tkwi prześliczna, herbaciana róża od Łu.

brat przychodzi, na kolanach kładzie czekoladowego batonika. bezcenne.

sobota, 14 czerwca 2008

przyjedź, to się nawrócę.

i zabierz mnie tam, gdzie problemy rozpuszczają się jak cytrynowe dropsy. gdzie nikt na mnie nie nakrzyczy i nie podniesie ręki.

bóle i lęki koję sałatką z pomidorów, czasem papierosami. dziesiątki sms'ów zapisuję w folderze 'wersje robocze', nie wyślę ich nigdy bo im i bez moich kłopotów jest ciężko. kupuję więc wino, i piję samiuteńka, bo życie jakoś trzeba przeżyć, i powtarzam za osiecką: 'alkohol szkodzi zdrowiu, ale pomaga życiu'. kurczowo trzymam się myśli, że jednak uda nam się stworzyć rodzinę z kaloryferem, bo Twoje oczy to dwa koła ratunkowe, te z wiersza ewy lipskiej.

nie chcę gwiazdki z nieba. chcę, żeby było spokojnie.

piątek, 13 czerwca 2008

she feels good, she knows she's looking fine.

czwartkowe południe spędzam z siostrami be., chodząc ulicami miasta K. jemy małosolne ogórki, arbuza i murzynka. wybieram oprawki do okularów, tak, będą czerwone, dlaczego nie wiem.
na 'butelkach zwrotnych' spadają mi buty, gubią się pomiędzy niewygodnymi kinowymi siedzeniami, dobrze, że w telefonie mamy latarkę, znajdujemy. Łu., mówi, że nie rozumie czeskiego humoru, ja po części też nie, ale wybaczam, bronię, bo to przecież czeski film. ciepły, trochę monotonny, ale ostatnie sceny, te z lotem czerwonym balonem połaskotały mi policzki, wywołując uśmiech. po seansie palimy papierosy w pobliskim parku, ja kładę się na ławce, rozmawiamy, rozmawiamy o dzieciach, psach i skradzionych samochodach.

wieczorem, podczas meczu, na którego temat nie napiszę ani słowa, kończę 'przeminęło z wiatrem' i z rozemocjonowania rozmazuję tusz na Jego policzkach. później sięgam po słoik z kremem czekoladowym, po barszcz przygotowany przez Łu., zakładam okulary przeciwsłoneczne i zasypiam w ubraniu.

małgoś idzie pod prysznic, bo włosy ma w cukrze pudrze i soku z truskawek,  zaśpiewa 'good day sunshine' bo dźwięki 'revolveru' beatlesów wypełniają przestrzeń łukaszowego samochodu ZAWSZE, od początku i ponoć do końca, później do czerwonej torby włoży vademecum kierowcy, i w trampkach pobiegnie na kurs. na godziny w czerwonej elce czeka, czeka niecierpliwie.

niedziela, 8 czerwca 2008

zawiruje jeszcze raz. będziemy.

jadłam pierwsze w tym roku czereśnie, czereśnie z kaśnego drzewa zerwane, te ocalone przed czereśniożernym szpakiem. leżałam na kocu i jadłam, i były wszędzie: we włosach, między palcami, pod sukienką w kwiaty, kładły się na kocu, dawały się rozpryskiwać i zamieniać w czerwone plamy. boskobłogo.

w rozmowie o świecie, jego sensie lub bez, stwierdzam, że jest cudem i co najlepsze- święcie w to wierzę. bo łukasz. piotr ola. pani mama pan tata. i fogg twardowski kieślowski.
bo sad mam za oknem i słońce.

ja nie chcę wiele, ale nie mniej niż wszystko, Ciebie i zieleń.

bezmyślnie roztapiam się w otoczeniu, zakopuję się w miękkich kocach, aromatach herbaty, pierniczkach korzennych, konikach morskich, gubię między kolejnymi stronnicami 'przeminęło z wiatrem' (!), drążę myśli, o Ł., okuliście, mieszkaniu w mieście w., studiach, prawie jazdy i o tym, że byłabym świetną pisarką, gdyby nie liczne niedomagania warsztatu lub zupełny jego brak, bo tak: emocjonalność idealnie wręcz nadszarpana, obsesyjność, w kieszeniach dżinsów kamienie, goździki kupuję sama, miotam się, szarpię, morze wina- może moja wina.

wczoraj w mieście w. kupiłam sobie kapelusz, najpiękniejszy.

'ja nie chcę wiele
ale nie mniej niż wszystko, Ciebie i zieleń
i żeby listkom akacji było wietrznie,
i żeby sercu - bezpiecznie,
i żeby kot się bawił firanką...'
pan broniewski

piątek, 6 czerwca 2008

moja tęsknota jest tęsknotą planet.

założę sukienkę w grochy upiekę racuchy posypię cukrem pudrem ulepimy dom z plasteliny usiądziemy przed kominkiem wtuleni a ty zacałujesz moje nadgarstki.

pan wojaczek mi się przypomniał, voila:
gwiazdy są echem Twoich oczu i poruszają się po ścieżkach wydeptanych przez Twoje sny.

truskawki mnie przerastają, a kobiecość męczy. tęsknoty łagodzę dwustugramowym słoikiem nutelli, kompotem jabłkowym, piosenkami piwnicy pod baranami i ciepłą kąpielą.

czwartek, 5 czerwca 2008

a gwiazdy? coś je tam przecież musi trzymać.

rano wstałam na paluszkach, bo spał tak słodko. zaparzylam herbaty, z nieczubatą. czerwone pudełko ze zdjęciami wytargałam na balkon. ósme pietro, wzrok nad dachami, głowa w chmurach. pomarańczowy koc, ja jeszcze w nocnej koszuli, prawie fioletowej. i oglądam. i płaczę ze szczęścia.

wieczorem czytam zeszłosobotnie 'wysokie obcasy', On gra w sąsiednim pokoju. w gitarowym zasłuchaniu przytulam ścianę, tęsknię, choc wiem, że za chwilę skończy, że wróci i triumfalnie wkroczy do pokoju. i nie pozwoli mi skończyć arykułu o wierze gran. niebieskimi oczami będę chłonąć jego uśmiechy.
jak w 'widmokręgu' kuczoka, na tych zaznaczonych stronach. pamiętasz?

lepkie chwile, takie z tych proszonych by trwały.

___
'jańcio wodnik', 'warszawa', 'donnie darko', 'nocny lot', 'spokojne niedzielnie popołudnie'. i zwierciadło.

czwartek, 29 maja 2008

w niewyspaną noc jeden koc.

siedzi po turecku na łące w sadzie. tęskni niewyobrażalnie. plecie wianki ze stokrotek, nadal nie umie ich kończyć. słucha milesa davisa, czyta 'nieznośną lekkość bytu'. szczęśliwa na tyle, na ile może być bez Niego.
ale to szczęście z wnętrzności, absolut.

bo jest paru ludzi.

środa, 21 maja 2008

i've got you under my skin.

gra w dramacie na cztery dłonie, zamykające wszechświat, obejmujące niebo.
jest pewna, że nic wspanialszego nie mogło się jej przytrafić. i choć zasada jedności miejsca tymczasowo zachwiana, co do jedności czasu nie mają wątpilwości. wyznacza ją słowo 'zawsze'.

w akcie trzydziestym siódmym Ona tarza się z radości po dywanach. pod prysznicem, zachrypniętym głosem śpiewa piosenki Stinga i The Police. pije najsłodsze piwo świata. dochodzi do wniosku, że nie lubi firanek w oknach. ostentacyjnie ściąga swoją. z sentymentem ogląda filmy Wajdy. chodzi w deszczu z uśmiechem na ustach.
docenia, że stokrotki wróżyć jej już nie muszą: 'kocha czy nie kocha'.

całuj nadgarstki, całuj.

niedziela, 18 maja 2008

po kolana we łzach, po szyję w uśmiechach.

potajemnie kocham się w Kuczoku. podniecam się jego słowami, snutymi przez niego opowieściami zanurzonymi w literaturze. przy ‘widmokręgu’ płakałam z rozemocjonowania. znów doszłam do wniosku, że jestem utkana z cudzych słów, że jestem pięćdziesięciosześciokilogramowym zlepkiem cytatów.
więc kocham Cię Kuczoku, kocham i tak szybko nie przestanę, bo ‘w.’ to jedna z najlepszych książek jakie czytałam w życiu.

byłam dziś w parku, z parasolką w ręce siedziałam na mokrej ławce, pieściłam zmysły, bo uwielbiam zapach deszczu i skoszonej trawy.

jadę do miasta K.

sobota, 17 maja 2008

chcę tylko wędrować po pastwiskch nieba.

przenajszczęśliwości dziś trzy i pół centymetra mniej, bo w głowie pojawiły się myśli o rozleniwieniu i pasożytnictwie; najgorsze, że w kontekście mnie samej. ubierając się rano pomyślałam, że dziś mam ochotę na dżinsy, trampki (te z fragmentami 'mam kota' m.p. na podeszwie i sznurówkach) t-shirt i rozciągniętą bluzę z kapturem. włosy związałam w kucyka, grzywkę spięłam spinką. na własne życzenie emanuję szarością i bylejakością.

kochanie przyjechało, pokochało, pojechało.
bliskość skrzyła się między nami gdy na zalewowym piasku rysowaliśmy nasze inicjały, w tej najpiękniejszobanalnej wersji: z plusem pomiędzy, znakiem równości po i po ‘po’ ogromnym serduchem, gdy w deszczu wracaliśmy z łąki, z kocem pod pachą, szepcząc najczulsze słowa, słowa, które rozszerzają źrenice.
teraz, gdyby nie trzydzieścitrzy kilomtery między nami byłabym najszczęśliwsza.

moje dwanaście kwadratowych metrów nienachalnie i delikatnie wypełnione 'pięcioma oceanami'. przy dwułyżeczkocukrowej herbacie świętuję koniec wątpliwej przyjemności płynącej z czytania ‘namiętnika’ gretkowskiej i marzę o mieście K., o najczerwieńszym winie otwieranym z braku korkociągu w sposób nie mieszczący się w głowie i w sercu, mianowicie przez wepchnięcie korka do środka, o wspólnych dobranocdzieńdobry, mysiachpysiach i takich tam.

koniecznie muszę kupić sobie dziś goździka.

czwartek, 15 maja 2008

pani Dalloway powiedziała, że sama kupi kwiaty.

stosześćdziesiątosiemcentymetrówprzenajszczęśliwości przemykającej się między rzęsami, łaskoczącej piegi, wywołującej uśmiech, pachnącej nim, smakującej arbuzowym sokiem. w sukience w kwiaty, z przeciwsłonecznymi na nosie, ze słońcem w ręce. czytającej wirgie na pomarańczowobiałym kocu w kratkę, gdzieś, tam, na zzieleniałej z wiosny łące, wśród bujnie puchatych dmuchawców.

'pomaturo'. trwaj. ago zaryan. śpiewaj. bo. moje uszy należą do Ciebie.