siedem gór, siedem rzek, trzy dni w inną stronę. ograniczała mnie tylko wysokość, ta na której zawieszone jest niebo. morza pfu, oceany! wina malinowopożeczkowoczereśniowego, kilogramy tytoniu, godziny spędzone przy sziszy, tysiące wyśpiewanych piosenek, setki wyrecytowanych wierszy. jagody zrywane leżąc w śpiworze pod lasem. fioletowe dłonie, mokre buty, herbata, wiatr, wyciągnięty sweter.
+ zagrożenie życia prywatnym tomahowkiem pana jot.
później niechęci i uprzedzenia do starych koleżanek, zbyt ostentacyjnie okazywane, ale. chyba mam to gdzieś. i może robię się bezemocjonalną gadziną, może. gdybym nie wypowiedziała tych słów, wtedy, udusiłabym się. moje przebłękitne oczy już chyba nie dla nich, bo w głowach mamy już coś innego.
(z głośników ścieżka dźwiękowa michała lorenca, ta do 'bandyty'. cudocudocudo. na Łukasza czekam, upiekłam mu karpatkę.).
sobota, 26 lipca 2008
niedziela, 20 lipca 2008
dzisiaj pod Wielkim Wozem, jutro na Wielkim Wozie.
cała jestem w poziomkach, cała w skowronkach, ze studenstwa nadal kręci mi się w głowie. z rozszczęśliwienia umieram na działkowym leżaku, krzyś piecze ziemniaki, ja szykuję masło i sól. nie mogę się doczekać, ten smak marzył mi się nocami (bo w głowie jest pewne wspomnienie, to z dziadkiem j. i różowym niebem.).
weryfikacja planów mieszkaniowych, kaś stwierdza, że hasz komora- owszem, ale okazjonalnie, w święta... ja zgadzam się, mówię, że dobrze, że na wniebowstąpienie.
niestosowny i dokuczliwy brak. jego.
+ maria pawlikowska- jasnorzewska:
weryfikacja planów mieszkaniowych, kaś stwierdza, że hasz komora- owszem, ale okazjonalnie, w święta... ja zgadzam się, mówię, że dobrze, że na wniebowstąpienie.
niestosowny i dokuczliwy brak. jego.
+ maria pawlikowska- jasnorzewska:
'wędrujemy cygańskim obozem,
nocujemy w gwieździstej grozie,
dzisiaj pod Wielkim Wozem,
jutro na Wielkim Wozie.'.
nocujemy w gwieździstej grozie,
dzisiaj pod Wielkim Wozem,
jutro na Wielkim Wozie.'.
sobota, 19 lipca 2008
po wczoraj boli mnie głowa. jem agrest na działce babci eM., wrzeszczę na widok mrówki (tak, z wiekiem robię się tchórzliwa i płochliwa), zrywam pożeczki, wieczorem zrobię z nich kompot, czerwonopożeczkowy to mój ulubiony.
gryzę wszystkich i wszystko, bo tak, bo jestem zła, bo On wyjeżdża. nigdy nie potrafiłam inaczej.
(trzeba zrozumieć, że jest czas kiedy widzę trzy razy mniej ale pięć razy mocniej. kiedy w kościach rwie czekanie. kiedy gubię się w niewiedzy i niecierpliwościach.).
zimno mi w stopy.
m., studentka filologii polskiej uniwersytetu wrocławskiego. jak to dumnie brzmii.
(pomyślałby kto, ja przecież do tej pory, jak Justyś, czasem smaruję się oliwką Bambino.).
gryzę wszystkich i wszystko, bo tak, bo jestem zła, bo On wyjeżdża. nigdy nie potrafiłam inaczej.
(trzeba zrozumieć, że jest czas kiedy widzę trzy razy mniej ale pięć razy mocniej. kiedy w kościach rwie czekanie. kiedy gubię się w niewiedzy i niecierpliwościach.).
zimno mi w stopy.
m., studentka filologii polskiej uniwersytetu wrocławskiego. jak to dumnie brzmii.
(pomyślałby kto, ja przecież do tej pory, jak Justyś, czasem smaruję się oliwką Bambino.).
piątek, 18 lipca 2008
ona pisze, że nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki, że nie wie czy to dobrze, że znowu jestem łukaszową gosią. ja odpisuję, że też nie wiem czy dobrze (na razie dobrze, najlepiej) ale, że musiałam, że webrnęłam w tę rzekę świadomie, niczym wirgie woolf w nurt ouse.
ostatnie trzy dni spędziłam z nim. czułości, szczerości i przenajszczęśliwości panoszyły się między nami. przegadaliśmy noce, motywem przewodnim było 'bo bardzo, bardzo, bardzo szkoda byłoby nas'. jeśli się nie uda (a może się nie udać, wiele rzeczy się nie udaje) to chociażby dla tych dni było warto. dziś wróciłam do domu, już bez kokonu, już sama, bez niego świat podoba mi się zdecydowanie mniej. gotuje bób. będzie za słony, bo z łzami, bo On na tydzień jedzie gdzieś tam, w świat.
wyników rekrutacji jeszcze nie znam, czekam, czytam rilkego ('gra w klasy' rzucona na parapet, na razie), nogi trzymam na biurku, co jakiś czas sięgam po herbatę. cytrynową.
(proszę, niech nam się uda.).
ostatnie trzy dni spędziłam z nim. czułości, szczerości i przenajszczęśliwości panoszyły się między nami. przegadaliśmy noce, motywem przewodnim było 'bo bardzo, bardzo, bardzo szkoda byłoby nas'. jeśli się nie uda (a może się nie udać, wiele rzeczy się nie udaje) to chociażby dla tych dni było warto. dziś wróciłam do domu, już bez kokonu, już sama, bez niego świat podoba mi się zdecydowanie mniej. gotuje bób. będzie za słony, bo z łzami, bo On na tydzień jedzie gdzieś tam, w świat.
wyników rekrutacji jeszcze nie znam, czekam, czytam rilkego ('gra w klasy' rzucona na parapet, na razie), nogi trzymam na biurku, co jakiś czas sięgam po herbatę. cytrynową.
(proszę, niech nam się uda.).
poniedziałek, 14 lipca 2008
a ja. tęsknię za smokiem.
poukładało się. czasem znajduje się odpowiedzi tam, gdzie nie chciało się szukać.
pomiędzy zbyt poważnymi rozmowami, drylowaniem śliwek a grą w klasy (tak Soniu, czytam. powolutku, i też nie wiem czy skończę.) jest nieustanna walka o zachowanie równowagi. jest modlitwa o jasność, klarowność umysłu. i miłość.
moja eLka jest czasami czerwona, czasami złota, nieważne, chciałam tylko napisać, że cieszę się jak dziecko gdy ustawiam kierownicę, zaciągam hamulec ręczny czy cofam. instruktor mówi, że tak, że podoba mu się. mi również.
nie lubię tego uczucia gdzieś tam, niepokoju, ucisku na żołądek i drżenia rąk. tęsknię za smokiem, a oprócz marzeń warto mieć papierosy.
pomiędzy zbyt poważnymi rozmowami, drylowaniem śliwek a grą w klasy (tak Soniu, czytam. powolutku, i też nie wiem czy skończę.) jest nieustanna walka o zachowanie równowagi. jest modlitwa o jasność, klarowność umysłu. i miłość.
moja eLka jest czasami czerwona, czasami złota, nieważne, chciałam tylko napisać, że cieszę się jak dziecko gdy ustawiam kierownicę, zaciągam hamulec ręczny czy cofam. instruktor mówi, że tak, że podoba mu się. mi również.
nie lubię tego uczucia gdzieś tam, niepokoju, ucisku na żołądek i drżenia rąk. tęsknię za smokiem, a oprócz marzeń warto mieć papierosy.
czwartek, 10 lipca 2008
w imię dawnych czasów robi się największe głupstwa w teraźniejszych.
tak wiele słów chciałoby tu być. jednak nie mogę, nie powinnam, nie napiszę. potrzebuję i czekam, wierze, że nadejdzie. cholernie w to wierzę, bo nie rozumiem kto może nam być teraz bardziej potrzebny niż my sami.
chciałam napisać, że wzruszyłam się czytając list magi do rocamadoura, gdy czytałam o tym, że świat staje się obojętny, jeżeli człowiek nie ma dość sił, aby wybrać sobie coś prawdziwego i iść za tym. i już nie zbieram burzy, zbieram trzęsienie ziemi. czuję się jak bohater tragiczny, z tą różnicą, że ja dostrzegam ironię losu.
miasto w.
chciałam napisać, że wzruszyłam się czytając list magi do rocamadoura, gdy czytałam o tym, że świat staje się obojętny, jeżeli człowiek nie ma dość sił, aby wybrać sobie coś prawdziwego i iść za tym. i już nie zbieram burzy, zbieram trzęsienie ziemi. czuję się jak bohater tragiczny, z tą różnicą, że ja dostrzegam ironię losu.
miasto w.
środa, 9 lipca 2008
I know, its been comin for some time.
jak u hannah.leah, smęty-sentymenty, ja też nie potrafię przestać, sentymentalna idiotka, rozpamietuje, płacze. boli, mimo, że coś zostało wyjaśnione. myśli mam cieżkostrawne, nie przymuję do wiadomości, że przez cały czas było NAS troje. tu, wchodząc na bloga, chcąc przelać na palce to co w sercu tłucze się o osierdzie muszę przy logowaniu wpisać hasło, tak bardzo NASZE. zaimki brzmią teraz najdziwniej, bo już nie w mnogiej, już w pojedynczej.
wieczorami siedzimy z Kaś na murku, palimy papierosy, psioczymy na facetów, na ich wrodzone ograniczenie. wstyd mi tych naszych rozmów, bo nieprawdziwe, bo wymuszone sytuacją. chodzimy w deszczu, planujemy nasze wspólne mieszkanie, kwiatki na oknie, hasz komorę i to, że płyn do naczyń zawsze będzie zielony. wracając do domu idę najokrężniejszymi drogami, śpiewam te wesołe piosenki których słucham dzięki Piotrowi, inaczej chyba nie dałabym rady, nie wróciłabym na miejsce. śpiewam więc piosenki creedence clearwater revival, pytam przez łzy have you ever seen the rain?
powietrze zbyt gęste i wilgotne, nie odpowiada.
wieczorami siedzimy z Kaś na murku, palimy papierosy, psioczymy na facetów, na ich wrodzone ograniczenie. wstyd mi tych naszych rozmów, bo nieprawdziwe, bo wymuszone sytuacją. chodzimy w deszczu, planujemy nasze wspólne mieszkanie, kwiatki na oknie, hasz komorę i to, że płyn do naczyń zawsze będzie zielony. wracając do domu idę najokrężniejszymi drogami, śpiewam te wesołe piosenki których słucham dzięki Piotrowi, inaczej chyba nie dałabym rady, nie wróciłabym na miejsce. śpiewam więc piosenki creedence clearwater revival, pytam przez łzy have you ever seen the rain?
powietrze zbyt gęste i wilgotne, nie odpowiada.
poniedziałek, 7 lipca 2008
you don't have to worry.
leczę duszę. prawdziwego mężczyznę poznaje się ponoć nie po tym jak zaczyna, ale jak kończy. ja zamykam na klucz pewien sektor myśli. jem zatrważające ilości czekolady, morusam nią książki, telefon i kapelusz, ten duży. palę z Kasią papierosa (ostatniego, a jakże) spacerujemy brzegiem zalewu, promienie słońca zaznaczają swoją obecność na moim ciele piegami i opaleniznami coraz znaczniejszymi. wieczorem zapalam waniliową świecę i czytam sms'a od panny ag. wyobrażam ją sobie tam, nad morzem, z zakrzepłą solą na rzęsach. rozszczęśliwia mnie to. łapię przesyłaną lepką beztroskę, czuję ją między włosami, czuję jak pulsuje we krwi. zamiast spać w nocy czytam książki. zaglądam czterystapięćdziesiątdwa razy na stronę uniwersytetu wrocławskiego, głupia! jakby to miało coś zmienić. kusi mnie zieloność traw.
z bratem, braciszkiem wygłupiamy się przy 'ain't no mountain high enough', a ja zastanawiam się czy On nazwałby to żenadą.
czekam na A., to fascynująca znajomość jest.
z bratem, braciszkiem wygłupiamy się przy 'ain't no mountain high enough', a ja zastanawiam się czy On nazwałby to żenadą.
czekam na A., to fascynująca znajomość jest.
niedziela, 6 lipca 2008
ain't no mountain high enough.
barykada z słów zbyt wysoka by ją przeskoczyć. już nie będzie.my. nie wybaczę tego, sobie i Tobie.
od zmierzchu do świtu, w górach, w drewnianej chatce. pare papierosów, mnóstwo uśmiechów. gil i łaskotka. ain't no mountain high enough.
dam radę. (?)
od zmierzchu do świtu, w górach, w drewnianej chatce. pare papierosów, mnóstwo uśmiechów. gil i łaskotka. ain't no mountain high enough.
dam radę. (?)
Subskrybuj:
Posty (Atom)