leczę duszę. prawdziwego mężczyznę poznaje się ponoć nie po tym jak zaczyna, ale jak kończy. ja zamykam na klucz pewien sektor myśli. jem zatrważające ilości czekolady, morusam nią książki, telefon i kapelusz, ten duży. palę z Kasią papierosa (ostatniego, a jakże) spacerujemy brzegiem zalewu, promienie słońca zaznaczają swoją obecność na moim ciele piegami i opaleniznami coraz znaczniejszymi. wieczorem zapalam waniliową świecę i czytam sms'a od panny ag. wyobrażam ją sobie tam, nad morzem, z zakrzepłą solą na rzęsach. rozszczęśliwia mnie to. łapię przesyłaną lepką beztroskę, czuję ją między włosami, czuję jak pulsuje we krwi. zamiast spać w nocy czytam książki. zaglądam czterystapięćdziesiątdwa razy na stronę uniwersytetu wrocławskiego, głupia! jakby to miało coś zmienić. kusi mnie zieloność traw.
z bratem, braciszkiem wygłupiamy się przy 'ain't no mountain high enough', a ja zastanawiam się czy On nazwałby to żenadą.
czekam na A., to fascynująca znajomość jest.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
2 komentarze:
you don't have to worry
UW będzie Twój, zobaczysz:)
Prześlij komentarz