poniedziałek, 7 lipca 2008

you don't have to worry.

leczę duszę.  prawdziwego mężczyznę poznaje się ponoć nie po tym jak zaczyna, ale jak kończy. ja zamykam na klucz pewien sektor myśli. jem zatrważające ilości czekolady, morusam nią książki, telefon i kapelusz, ten duży. palę z Kasią papierosa (ostatniego, a jakże) spacerujemy brzegiem zalewu, promienie słońca zaznaczają swoją obecność na moim ciele piegami i opaleniznami coraz znaczniejszymi. wieczorem zapalam waniliową świecę i czytam sms'a od panny ag. wyobrażam ją sobie tam, nad morzem, z zakrzepłą solą na rzęsach. rozszczęśliwia mnie to. łapię przesyłaną lepką beztroskę, czuję ją między włosami, czuję jak pulsuje we krwi. zamiast spać w nocy czytam książki. zaglądam czterystapięćdziesiątdwa razy na stronę uniwersytetu wrocławskiego, głupia! jakby to miało coś zmienić. kusi mnie zieloność traw. 
 
z bratem, braciszkiem wygłupiamy się przy 'ain't no mountain high enough', a ja zastanawiam się czy On nazwałby to żenadą.

czekam na A., to fascynująca znajomość jest. 

2 komentarze:

Anonimowy pisze...

you don't have to worry

hannah.leah pisze...

UW będzie Twój, zobaczysz:)