środa, 17 września 2008

oscyluje między chusteczkami, antybiotykami a termometrem, jestem chora na hel albo helubrak (?), tęsknię za tym bezkresem, za przecieraniem oczu ze zmęczenia, rozprostowywaniem nóg po wielogodzinnej jeździe pociągiem, rozlewaniem herbaty z termosa. zostały tylko muszelki, piach w trampkach, dwie nowe książki, miłe wspomnienia i piękne zdjęcia. to był dobry czas. teraz nie widać mnie spod puchowej kołdry, wieczorami uprawiam pod nią seks z nurowską, odliczam dni do pierwszego października, tak straszliwie się boję. samotności. pieprze cię miasto też.
póki co wzbiera we mnie ochota, żeby jechać do holandii sadzić tulipany. z pawlacza wyciągam czarny płaszcz, szalik i rękawiczki, z jednym palcem. parze herbatę, odbieram telefon, rozmawiam z k. i udaje, że wszystko jest w porządku. przecież i tak nie zrozumie. włosy wychodzą mi garściami, ciągle nie wierzę, że można umrzeć po raz drugi w przeciągu jednego miesiąca. można.

2 komentarze:

Anonimowy pisze...

miewałam dni, kiedy umierałam codziennie.

:*

hannah.leah pisze...

duże miasto rzeczywiście może sprawić, że czujemy się bardzo samotni, ale gdy tylko uda Ci się z nim zaprzyjaźnić nie pozwoli Ci na to. znajdziesz tam swoje miejsca w których będziesz się czuć cudownie i będziesz do nich często wracać.

'rozmawiam z k. i udaję, że wszystko jest w porządku. przecież i tak nie zrozumie.' jak ja dobrze to znam. praktycznie nikt z moich znajomych nie wie co się u mnie tak naprawdę dzieje. generalnie ich to nie interesuje. wydaje im się, że gdy potrafię się uśmiechać i śmiać z ich dowcipów to wszystko jest super. gówno prawda.